Byliśmy już 2 lata po ślubie, ja właśnie kończyłam studia no więc pomyśleliśmy, że czas na dzidziusia :-)
Rozpoczęły się krótkie przygotowania, a zaraz za nimi starania ruszyły pełną parą ;-)
W międzyczasie przygotowywałam się do obrony pracy magisterskiej - ale to była dla mnie tylko formalność - szybko, łatwo i przyjemnie poszło mi pisanie pracy, więc obroną specjalnie się nie przejęłam :-)
Na dobre starania o dziecko rozpoczęliśmy w maju 2006r. Na początku lipca obroniłam magistra :-) w sierpniu wyjechaliśmy razem z przyjaciółmi na dwutygodniowe wakacje do Zakopanego.
Sierpień był też dla mnie miesiącem niepewności i nadziei.
W lipcu była moja ostatnia @ w sierpniu czekałam, czekałam, czekałam... i się nie doczekałam!!
Pomyślałam, że moze to już, ale odpuściłam sobie testy, w końcu wakacje i te sprawy...
Sierpień się skończył, nic się nie wydarzyło, zaczął się wrzesień i pomyślałam, ze może już czas na test :-) wprost nie mogłam się doczekać - ale ku mojemu zaskoczeniu była tylko jedna krecha!!
No cóż, pomyślałam, że albo jest za wcześnie na test, albo się nie udało, ale w takim razie gdzie podziała się @???
I tak na rozmyślaniu upłynął mi wrzesień (oczywiście nie na samym rozmyślaniu w końcu też pracowałam), rozpoczął się październik, nadal nic się nie wydarzyło, więc kupiłam kolejny test - i...znowu jedna krecha. Wkurzyłam się już całkiem konkretnie!!
Zarejestrowałam się do mojego lekarza - w końcu trzeba sprawdzić o co tu chodzi?!?! Termin był dopiero na początek listopada, więc wszystko się nieznośnie przedłużało. Wreszcie był listopad, wizyta, badania, skierowania, rozmowy. No i ginekolog rozłożył bezradnie ręce, stwierdził, że on nie jest w stanie mi pomóc i dostałam skierowanie do endokrynologa.
Czułam, jak moje plany i marzenia o dziecku odsuwają się w czasie... Ale nic nie mogłam na to poradzić.
W grudniu odwiedziłam poleconego endokrynologa, po krótkiej wizycie stwierdził, że najwięcej się o mnie dowie jak położy mnie na kilka dni w szpitalu i podda mnie szczegółowym badaniom :-/ eh, jak ja nie lubię szpitali, ale nie miałam wyjścia...
Zadzwoniłam żeby umówić się na przyjęcie do szpitala - termin wyznaczony na początek lutego (@ nadal nie było - o zgrozo!!).
W szpitalu spędziłam 4 dni - tylu badań co w ciągu tych kilku dni nie miałam przez całe swoje życie :-/ ale skoro trzeba to trzeba i już.
W końcu były jakieś konkrety, diagnoza - PCO i hiperprolaktynemia (cokolwiek to wtedy oznaczało!!).